Cała prawda o Francuzkach
Magazyn Life and More często jest patronem medialnym książek. Tak się składa, że szczególnie bliski jest nam temat Francji i jego mieszkańców. Jakiś czas temu polecaliśmy Państwu książkę Patrycji Todo pt. Moja Francja. Dziś chcielibyśmy zaproponować lekturę książki pt. "Cała prawda o Francuzkach" Marie-Morgane Le Möel.

Dlaczego Francuzki uznaje się za jedne z najbardziej eleganckich, stylowych i szykownych kobiet na świecie? Dlaczego nieustannie sprawiają wrażenie perfekcyjnie ubranych i wyróżniających się nienagannymi manierami?
Dlaczego pozostałe przedstawicielki płci pięknej tak bardzo pragną odkryć sekret francuskiej kobiecości?
Marie-Morgane Le Moël zna odpowiedź na te wszystkie pytania i twierdzi, że to wszystko tylko „siedzi w naszych głowach”. Czasem kwestie związane z wyjątkowym szykiem, stylem i zmysłową elegancją Francuzek to zwykłe frazesy. Wprawdzie niekiedy bazują one na rzeczywistości, jednak częściej stanowią zaledwie stereotypy.
A zatem jakie naprawdę są Francuzki? Z książki wynika, że to zwyczajne kobiety – takie jak każde inne, jak każda z nas. To po prostu historia kraju, z którego pochodzą, sprawiła, że są one postrzegane w taki, a nie inny sposób, a nie nieskazitelna cera czy szczególna znajomość zasad mody.
Autorka bierze pod lupę niektóre znane kobiece postaci, które odcisnęły swe piętno na historii Francji, sprzeciwiając się normom właściwym społeczeństwu patriarchalnemu. Przedstawia historie osobistości, które walczyły nie tyle o feminizm, ile o prawo do głosowania i życia zgodnie z własnymi pragnieniami.
Marie-Morgane Le Moël, zaczynając swoją opowieść od przywołania takich postaci historycznych, jak Joanna d'Arc czy Madame Pompidou, zmierza do nakreślenia cech charakteryzujących współczesną Francuzkę.
Ta książka to zarówno nietuzinkowe spojrzenie na historię samej Francji z perspektywy iście kobiecej, jak i rewelacyjny przewodnik po „francuskości” dla tych, którzy do tej pory niewiele o tym kraju wiedzieli.
To także świetna lektura dla wszystkich osób, które chciałyby poznać życiorysy najbardziej intrygujących oraz inspirujących Francuzek, za sprawą których dokonała się swoista rewolucja społeczno-idelogiczna. Takiej książki o Francuzkach jeszcze nie było – zdecydowanie polecamy!
Specjalnie dla naszych czytelników zamieszczamy fragment książki. Wszystkich, którzy chcieliby książkę otrzymać zapraszamy na nasz Facebookowy Fan Page. Mamy do sprezentowania 5 książek, wystarczy w komentarzu do konkursowego postu napisać odpowiedź na pytanie: Czym zafascynowała Państwa Francja?
Fragment książki Marie-Morgane Le Moël pt. Cała prawda o Francuzkach
Oto, co można powiedzieć o Francuzach z całą pewnością: uwielbiamy krytykować i poświęcamy na to bardzo dużo
czasu. Psioczymy na kraj, pogodę, strajkujący sektor publiczny, sektor prywatny, kierowców na drodze, czepiamy się własnych i niewłasnych dzieci, dziadków, pokolenia wyżu demograficznego, pokolenia „igreków”, komentujemy, że sąsiad nie segreguje śmieci i to, w jaki sposób ludzie palą papierosy oraz że ich nie palą. Przeszkadza nam, że w piekarni na rogu nie można już dostać tak chrupiącego pieczywa jak dawniej, w czasach, kiedy nawet nie było nas jeszcze na świecie.
Dla nas, narodu francuskiego, wszystko w kraju musi zostać poddane krytyce. Jest to także jedna z zasad systemu edukacji, przez którą liczne zastępy dzieciaków cierpiały i cierpią katusze, powoli zabijając w sobie pewność siebie. Kiedy uczeń dostaje w szkole ocenę, nauczyciel dostrzega i wytyka błędy, lecz nigdy nie komentuje tego, co jest zrobione dobrze. Bo przecież zawsze coś można poprawić i postarać się o jeszcze wyższą ocenę, prawda?
We Francji krytykanctwo jest najbardziej popularnym „sportem”, o wadze nawet większej niż piłka nożna. Ale o jednym
każdy cudzoziemiec winien wiedzieć, jeśli zamierza spędzać czas w towarzystwie Francuza, a już koniecznie musi tę prawdę dobrze zrozumieć, kiedy zamierza wypłynąć na „niebezpieczne wody” i zawrzeć z obywatelem lub obywatelką Francji związek małżeński. A jeśli w przypływie szaleństwa planuje zamieszkać w kraju nad Loarą, czyli w miejscu, w którym aż roi się od Francuzów nieznoszących krytyki płynącej z ust cudzoziemców, musi zapamiętać rzecz najważniejszą: słowa krytyki uruchamiają u większości z nas dziwny proces fizjologiczny – rytm serca ulega lekkiemu przyspieszeniu, w uszach, rodem z Galii, rozbrzmiewają tony Marsylianki, a w duchu sięgamy po miecz, aby… zabić.
Jeśli Francuz w trakcie rozmowy zostanie narażony na zbyt wiele niepochlebnych opinii o jego kraju, bardzo szybko zapomina o swoich własnych powodach do narzekania i zamienia się w pełnej krwi nacjonalistę. Należy zaznaczyć, że przytaczane w tym momencie argumenty zaczynają nabierać brzydkiego i karykaturalnego kolorytu. Kiedy zostanie wspomniana Deklaracja praw człowieka i obywatela, osobnik pochodzenia francuskiego zacznie strzelać miszmaszem składającym się z nazwisk impresjonistów, Balzaka, a nawet wołowiny po burgundzku (boeuf bourguignon). Jeśli przeciwnik jest narodowości amerykańskiej, zawsze można uciąć rozmowę zgryźliwym pytaniem retorycznym: Czego się można spodziewać po narodzie, który stworzył McDonalda? – zapominając oczywiście, że poprzedniego dnia zabrał dzieci właśnie do Maca. Jeżeli adwersarzem jest Australijczyk, wzruszamy lekko ramionami i myślimy: Australijczycy są na świecie lubiani, trochę tak jak te łagodne misie koala, dlatego nie chcemy im za bardzo dopiec. W zabawny sposób komentujemy jedynie kryminalno-kolonialną przeszłość ich kontynentu. Jeśli ścieramy się z Brytyjczykiem, sprawy mogą szybko przybrać bardzo zły obrót, a w rozmowę łatwo wmieszać brytyjską królową oraz gilotynę.
W tych okolicznościach nietrudno zrozumieć, dlaczego każdy niepochlebny artykuł publikowany na łamach prasy światowej odbija się u nas w kraju szerokim echem. A jeśli jest nie tylko niepochlebny, ale na dodatek zawiera błędy merytoryczne, staje się tematem, który wędruje na pierwsze strony gazet i jest nawet przedmiotem ministerialnych komentarzy.
W styczniu 2014 roku „Newsweek” opublikował online artykuł zatytułowany Upadek Francji. Nie pierwszy raz zdarzyło się, że anglojęzyczne czasopismo przewidywało niechybną degradację piątej co do wielkości potęgi ekonomicznej świata, która teraz miała stoczyć się na samo dno. Takie artykuły są zazwyczaj postrzegane jako kolejny dowód na to, że kraje anglojęzyczne nie rozumieją nas. Amerykańska autorka Janine di Giovanni wywołała we Francji ogromne poruszenie. Wszyscy w kraju komentowali jej artykuł. Być może celem autorki było wywołanie właśnie takiego wzburzenia. Nawet minister gospodarki Pierre Moscovici użył najbardziej barwnego francuskiego wyrażenia, aby podsumować jej wysiłki i stwierdził: C’est le pompon, czyli w wolnym tłumaczeniu, „To jest szczyt głupoty”.
Publikacja była naprawdę zaskakująca. Według informacji w niej zawartych pół butelki mleka miało u nas kosztować cztery dolary (wywołałoby to na ulicach zamieszki!), a ludzie płacą siedemdziesięcioprocentowe podatki (kto żyw i przy zdrowychzmysłach już dawno uciekłby z kraju!). Najbardziej zainteresowała mnie jednak część o francuskich kobietach oraz opinia, jaka się o nas wyłaniała z kart tego artykułu.
Di Giovanni utrzymywała, że dostajemy darmowe pieluchy i mamy darmowy dostęp do żłobków, a żeby się pozbyć ciążowego brzuszka – biegamy do fizjoterapeuty1. Powiedzcie to moim francuskim przyjaciółkom, które z własnych pieniędzy płacą za drogie pieluchy i za drogie żłobki, a na fizjoterapię chodzą, aby po porodzie wyleczyć pęcherz. – Jakby mi zależało w tej chwili na płaskim brzuchu! – skwitowała pod nosem moja przyjaciółka Gwenaëlle, która musiała się sporo nagimnastykować, żeby pogodzić macierzyństwo z wymagającą pracą dziennikarki.
Jednak artykuł nie był do końca zaskakujący. Francuskie kobiety od lat są przedstawiane niejednoznacznie. Mało tego,
liczba książek, które o nas napisano, zaczyna stanowić rynek wydawniczy sam w sobie, a każdego roku ukazuje się jakaś
kolejna publikacja przedstawiająca życie Francuzek.
Zdziwiłam się, kiedy na półce księgarni w Sydney zobaczyłam książkę Pameli Druckerman pod tytułem W Paryżu dzieci
nie grymaszą. Dotąd przez myśl mi nie przeszło, że ktoś może interesować się sposobem wychowywania dzieci w obcym kraju, chyba że chodziłoby o jakąś magiczną sztuczkę, dzięki której „małe potworki” są bez udziału osób trzecich, na przykład rodziców, w cudowny sposób karmione i myte.
Francuzki według wielu bestsellerów reprezentują wszystko, co na świecie istnieje. Jesteśmy przedstawiane jako chude
latawice intelektualistki, które uwielbiają foie gras, młodszych kochanków i idealne potomstwo. Dla przykładu przytoczmy artykuł Janine di Giovanni, który ukazał się w „Guardianie” w marcu 2009 roku. Autorka pisze: Urodzenie dziecka we Francji i doświadczenia z tym związane sprawiają, że szanuję Francuzki bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Francuska kobieta rodzi dziecko, podrzuca je do crèche, przeprowadza jakąś fuzję czy przejęcie, uwodzi męża za pomocą wyśmienitej blanquette de veau, no i mieści się w te same dżinsy, w których chodziła jako szesnastoletnia dziewczyna – a to wszystko już po kilku tygodniach od porodu.
To zdanie jest kwintesencją stereotypów, które o nas krążą. Prawda jest taka, że tak idealnej kobiety dotąd nie spotkałam. Moja przyjaciółka Gwen żali się od miesięcy: Nie daję już rady, jest mi ciężko chodzić do pracy, wracać do domu i od razu brać dziecko na ręce, usypiać je i jeszcze w tym samym czasie odbierać telefony od szefa w sprawach wymagających natychmiastowej reakcji.
Etykietowaniu podlegają kobiety na całym świecie. Ludziom się wydaje, że Brazylijki są mistrzyniami w kręceniu biodrami,
a Japonki to wcielenie gracji. Włoszki wiedzą, jak przyrządzić najlepsze na świecie spaghetti, i mają skłonność do kąpieli
w rzymskich fontannach oraz urządzania dzikich imprez u byłego premiera Silvia Berlusconiego. Niektórzy wierzą, że
wszystkie Rosjanki są blondynkami, mają metr osiemdziesiąt wzrostu, znają cztery języki obce i nie mają oporów przed elegancką formą prostytucji, byle tylko móc sfinansować naukę w studium dla tłumaczy przy ONZ-ecie.
Stereotypy są powszechnym zjawiskiem, jednak książki na ten temat pisze niewiele autorek. Należy zaznaczyć, że Włoszki
i Hiszpanki nie piszą o nas wcale. Być może widzą w nas po prostu normalne kobiety, które mówią jedynie innym językiem
i hołdują innym obyczajom. Jednak jest w nas coś takiego, co zdaje się intrygować i przyciągać uwagę naszych anglojęzycznych koleżanek.
Trzeba podziękować autorkom, z ust których słyszymy peany na naszą cześć. Kiedy tak się dzieje, większość z nas milcząco przytakuje, ale w duchu ma nadzieję, że nikt się nie dowie, jak jest naprawdę. Czasem się zdarza, że trudno jest nam identyfikować się z obrazem, który na nasz temat „odmalowano”. Szczególnie jedna rzecz niepokoi, a niektórzy biorą to wciąż za pewnik, że „plugawo” się dzieje w państwie francuskim. Chodzi mi o ten niemoralny podtekst, przez który było jasne, że w Wielkiej Brytanii ogłoszenia o korepetycjach z języka francuskiego były przez całe lata zawoalowanym sposobem na reklamę seksu z prostytutką. Wielu ludzi ma takie skojarzenia i to bez najmniejszych prób refleksji.
Rzeczywiście, jeśli wierzyć artykułom w prasie anglojęzycznej, jesteśmy ludzkim odpowiednikiem cuculus canorus, znanym
w szerszych kręgach jako kukułka zwyczajna, z tą różnicą, że my, Francuzki, nie żywimy się dżdżownicami, ale naszą misją
jest rozbijanie czyjegoś rodzinnego gniazda. Rzucamy się na każdego żonatego faceta, który się pojawi, nieważne, czy jest myśliwym polującym na kaczki, rybakiem wychodzącym z łodzi, czy „obleśnym” politykiem – taka opinia nie napawa optymizmem, choć trzeba przyznać, że nie zawsze jest wyrażana w sposób potępiający kobiety. Inne zdanie mają mężczyźni, którzy właśnie wrócili z Francji albo wybierają się do tej krainy namiętności na ostatnią przed ślubem eskapadę.
Mimo katolickiego wychowania (Kościół był we Francji instytucją bardzo wpływową aż do lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku) mamy tendencję do rozkładania nóg szerzej niż kobiety innych narodowości. Dlaczego tak się dzieje? Po pierwsze jesteśmy bardzo dumne z bielizny, którą nosimy. O tak, w odróżnieniu od innych nacji, które zakładają majtki uszyte ze
starych serwet, Francuzki trwonią krocie na seksowną, koronkową czerwoną konfekcję. Biorąc pod uwagę fortunę wydaną na figlarne figi, nie ma się co dziwić, że chcemy je pokazywać. A ponieważ biuro nie jest najlepszym do tego miejscem (wbrew temu, co prawdopodobnie myślał sobie pewien słynny francuski polityk w czasie, kiedy stał na czele jednej z ważniejszych instytucji gospodarczych), zazwyczaj czekamy do zmroku i wtedy dopiero ruszamy na łowy. W barze namierzamy jakiegoś amerykańskiego pisarza, upijamy go do nieprzytomności, zaciągamy do naszego malutkiego mieszkanka, gdzie wspólnie z nim oddajemy się przyjemnościom najdzikszego seksu, jaki umysł człowieka jest sobie w stanie wyobrazić, a potem, w środku nocy, objadamy się ślimakami w czosnku. Po drugie ma to związek z naszym podejściem do natury, której jesteśmy tak blisko. Niestraszny nam śnieg, mróz i rozwrzeszczane dzieci wokół nas – zawsze jesteśmy szalenie zmysłowe, czyli takie, jak świat widzi wszystkich Francuzów razem wziętych. Zresztą kto wynalazł francuski pocałunek? Przed naszym pojawieniem się na tej planecie ludzie nie całowali się z języczkiem. Język służył jedynie jako aparat mowy lub konsumpcji. I nagle pojawiły się Francuzki, zdeterminowane, aby za wszelką cenę przyciągnąć uwagę mężczyzn. Jak inne kobiety, były wyposażone w piersi i długie włosy, czyli naturalne atrybuty, których celem jest przykucie męskiego wzroku, ale umiały coś, o czym Angielki nie miały zielonego pojęcia: opanowały sztukę obracania własnym językiem w obcych ustach, aby uzyskać ekscytujący efekt.
Ponieważ my, Francuzki, jesteśmy takie nieokiełznane, naszym mężczyznom też pozwalamy na podobną dzikość. Stąd
tyle niewierności we francuskich małżeństwach. W końcu to nasza nacja wymyśliła cinq à sept, czyli potajemną schadzkę
między godziną siedemnastą a dziewiętnastą. To, że dziś koncept ten używany jest do określenia happy hour w barach, jest zupełnie nieistotny. A ponieważ jesteśmy skłonne do rozpusty, nawet słówkiem nie piśniemy, kiedy nasi mężowie postępują podobnie. Na przykład, kiedy pisarka Lucy Wadham poślubiła Francuza, była zszokowana, bo dowiedziała się, że grupa bliskich przyjaciół jej męża regularnie uprawia ze sobą seks. W artykule do „Daily Mail” pisała: W tym czasie nie miałam pojęcia, że właśnie wchodzę w świat, w którym wyedukowana – i zaobrączkowana – klasa średnia wskakuje sobie nawzajem do łóżek bez poczucia winy i odpowiedzialności. Później wspominała też, że w Paryżu po kolacji często następuje partouze (iście libertyńska noc wymiany partnerów): Francuzi uważają zdradę za naturalną. Dla wielu z nich dobry seks to najbardziej satysfakcjonujący sposób na ucieczkę od stresu i harówki. Muszę przyznać, że z chęcią dowiedziałabym się, gdzie dokładnie w Paryżu Lucy Wadham spędzała czas. Rzeczywiście, miłość cielesna jest dla nas tak ważna, że zaczynamy o niej myśleć od razu po porodzie. Pani di Giovanni obszernie pisze w jednym ze swoich artykułów, że Francuzkom zaleca się trening krocza, który ma na celu przywrócenie po porodzie pełnej kontroli nad pęcherzem. Według autorki procedura ta służy nam głównie po to, aby odzyskać sprawność seksualną.W takich chwilach człowiek zaczyna się poważnie zastanawiać,czy Amerykanki też mają pęcherze – a może to cecha wyłącznie
francuska?
Wszystko to wystawia Francuzkom niezbyt piękną laurkę i nie pomaga w ich lepszym zrozumieniu. Przygotuj się na to, że od razu po porodzie, z dzieckiem płaczącym w kołysce w pokoju obok, obsesyjnie będzie żądać od swego partnera seksu. Przygotuj się na jej codzienne powroty do domu o siódmej trzydzieści, z policzkami zaróżowionymi od wysiłku, jakiego wymagało od niej leżenie pod przyjacielem z dzieciństwa.
Mimo że we Francji Kościół katolicki przez prawie dwa tysiące lat mocno dzierżył ster rządów i mimo że rewolucja społeczna, jaką przyniosły wydarzenia w maju 1968 roku, zmieniła obraz kraju, pod koniec lat sześćdziesiątych nierzadko można było spotkać rodzinę, która ucinała wszelkie kontakty z córką, jeśli ta odważyła się urodzić nieślubne dziecko.
O tej stronie Francji jakoś nigdy się nie mówi.
Wyobrażam sobie rozmowę z moją przyjaciółką Gwenaëlle, kiedy proponuję jej wymianę chłopaków i proszę o pożyczenie
na weekend jej partnera:
– Czy mogłabym przez parę godzin przespać się z Reanaudem? Już od dwóch dni nie uprawiałam seksu! Wiesz, znając mój galijski temperament, to długo za długo.
– Oczywiście, że tak, Marie. Ale czy oprócz pejcza mogłabyś też przynieść foie gras i butelkę dobrego wina?
À propos foie gras. To akurat wiąże się z kilkoma tematami, które na szczęście przemawiają na naszą korzyść. Jesteśmy
szczupłe. Francuzki nie tyją to tytuł książki, która ukazała się w 2004 roku. Odniosła ogromny sukces, została przetłumaczonana czterdzieści języków i zajmowała pierwsze miejsce na liście bestsellerów „New York Timesa”. Trzydzieści pięć milionów kobiet, również tych, które mieszkają w najmniejszym nawet zakamarku Francji, po prostu nie tyje. Trochę to dziwne, bo w końcu zaczynamy każdy dzień od czekoladowego croissanta albo od tacy serów, jak niektórzy uważają, a nasze lunche składają się ze ślimaków pływających w maśle i trwają godzinami (oczywiście lunche, nie ślimaki), mimo że wszystkie chodzimy do roboty (chociaż... kolejny stereotyp mówi, że to, co robią Francuzi, pracą nazwać nie można, więc...). Na zakończenie dnia pochłaniamy coq au vin oraz crème au caramel i popijamy wszystko solidną ilością wina – dla łatwiejszego przełknięcia jedzenia, rzecz jasna. Niezależnie od tak złych nawyków żywieniowych my, Francuzki, wcale nie musimy ćwiczyć, aby zachować szczupłą sylwetkę. W swojej „słodkiej” książce Tout Sweet Karen Wheeler pisze: Prawda jest taka, że nigdy nie zobaczycie francuskiej kobiety, która właśnie uprawia jogging, ma na sobie tenisówki i jest zaczerwieniona od wysiłku fizycznego. Karen, powiedz to Marié-Jose Pérec – biegaczce, która w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zdobyła trzy medale olimpijskie na dystansie 200 i 400 m, a także dziesiątkom tysięcy kobiet, które każdego roku startują w maratonach i półmaratonach organizowanych na terenie całego kraju. I dokonują tego bez najmniejszego wysiłku. To się nazywa mieć metabolizm żaby! Cokolwiek by nie zjadła, żaba (Francuzka) pożytkuje całą energię na skakanie z kałuży do kałuży (z łóżka do łóżka), zachowując przy tym nienaganny wygląd skóry (cery).
Posiadanie szczupłej sylwetki jest w życiu całkiem praktyczne.Projektanci szyją wyłącznie dla kobiet o takich właśnie gabarytach, a przecież wszyscy wiedzą, że Francuzki noszą tylko designerskie ciuchy. Nawet żona rolnika z centrum kraju, matka czwórki dzieci dysponująca niewielkimi środkami finansowymi, pokaże się na wsi tylko z torebką od Diora. W końcu nigdy nie wiadomo, czy robiąc sprawunki u miejscowego rzeźnika, nie natknie się na byłego kochanka.
Nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie naszej dyskusji! Francuzki nie spędzają całego życia na obżarstwie i uganianiu się
za chłopami. Mamy jeszcze dzieci, które, tak się jakoś składa, wychowujemy na dobrze ułożone „małe aniołki”. Tak przynajmniej twierdzi Pamela Druckerman. Cóż, chyba jeszcze nie poznała moich siostrzeńców. Lub też, według uznania, nie wychowujemy dzieci w ogóle. W wywiadzie dla niemieckiej gazety „Die Zeit” pediatra Adrian Serban zauważa, że Francuzki są za bardzo zajęte rozwijaniem swojej kariery zawodowej, przez co zanika „święta” więź łącząca matkę z dzieckiem.
Przedstawia się więc nas jako matki albo zbyt doskonałe, albo wyrodne. Ale jest sprawa jeszcze gorsza: nie potrafimy
być dobrymi przyjaciółkami. Według niektórych pisarzy i pisarek traktujemy inne kobiety tak, jak wygłodniały kot sadysta
potraktowałby pulchniutką myszkę. Nie dziwi mnie więc, że moje rodaczki nie okazują najmniejszych wyrzutów sumienia,
kiedy kradną czyjegoś męża, czyli kiedy oddają się swojemu drugiemu ulubionemu hobby (pierwszym są zakupy w domu
mody Chanel).
Twój komentarz zostanie wyemitowany po zatwierdzeniu jego treści przez moderatora.
Redakcja nie odpowiada za treść komentarzy.
Komentarze:
W tej chwili brak komentarzy
.jpg)








































.jpg)


.jpg)




























